środa, 9 września 2015

Od Łajki

Słońce właśnie wzbijało się coraz wyżej na tle Wołgogradzkiego nieba. Dzień zapowiadał się upalnie - tak jak ostatnie letnie tygodnie. Wrzesień rozpoczął się już na dobre - widoki jak wcześniej, przed wakacjami. Zabiegani co dzień ludzie, próbujący dostać się do autobusu, dzieciaki spieszące się do szkoły, a potem wracające, rzucające niedojedzone kanapki, i drapiące za uchem. Chyba tego najbardziej mi brakowało - jedzenia rzucanego pod nos.
- Łajka! Gdzie ty? - rozniósł się donośny głos Rambo. Zauważyłam go przy ławce, niósł coś w pysku.
- Co to masz? - zwróciłam się do niego z lekkim dodatkiem ironii w głosie. 
- Znalazłem prawie nietknięte kości z mięsem! - powiedział podchodząc bliżej.
Kusząco spojrzałam na jedzenie, ale gdy Rambo zauważył mój łapczywy wzrok od razu powiedział siadając.
- Dla ciebie nie ma, psik, idź znajdź.
- Ty szujo.
- Szuja to miasto.
- Ty jesteś szują, łajdaku.
Po tych jakże śmiesznych wyzwiskach machnęłam ogonem i ruszyłam przed siebie. Skuliłam się pod ławką, czekając, aż parkową drogą będą wracały dzieci ze szkoły. Na pewno jakiemuś pęknie serce na widok biednego, wygłodniałego psiaka, którego będą mogły pogłasiać. Taak, na pewno.
♦•♦•♦•♦•♦
Dzień mijał niezwykle nudno - tak jak ich większość. Wszyscy liczyliśmy, że w końcu coś się zacznie dziać, że ta wojna z Kitlerem, że nasza armia, te wszystkie plany... się urzeczywistnią. Na razie pozostało nam tylko zbierać psy. Rambo, ten zgorzkniały kundel, pojawił się wieczorem, na tle słońca, które zbliżało się do widnokręgu. 
- Idziesz? Zaraz się zacznie, bo pan Microvic już szedł do domu. - mówił on o codziennym programie informacyjnym.
- Jasne, przecież może nadarzyć się kolejna okazja, aby uratować świat. - mruknęłam, wspominając sobie podróż do Islamabadu. Szliśmy tam, aby uratować schwytane i przeznaczone na mięso psy, a wtedy sami zostaliśmy uwięzieni. Jednak dzięki mnie, wspaniałomyślnej Łajce, wszystko poszło jak należy.
Kiedy szliśmy w kierunku domu pana Microvic. Po drodze, przy starym moście, spotkaliśmy Dimitrova i Sugara, naszych wiernych przyjaciół. Szybko doszliśmy przed niewielki dom naszego karmiciela. Drzwi byłby nieznacznie uchylone, więc otworzyłam je szerzej łapą i oboje wparowaliśmy do środka. Pora jedzenia, no co? Weszliśmy do salonu, jednak pana Microvic nigdzie nie było. Wskoczyłam na beżową kanapę i usadowiłam się po jednej, a Rambo po drugiej stronie. Starszy pan wszedł do pomieszczenia, i ani trochę nie wydawał się zdziwiony naszym widokiem. Usiadł na środku. Wtenczas zaczął się program. Bla, bla, imigranci, państwo islamskie... Moskiewski tygrys uciekł z zoo! "Miejsce się na baczności! Wczoraj, zanim otworzono zoo, biały tygrys z Moskwy zniknął, a są przypuszczenia, że uciekł. Osobnik jest bardzo agresywny - prosimy uważać. Ostatnio zanotowano, że zwierzę porusza się odludnymi miejscami, na południe. Ciągle wędruje niedaleko Wołgi. Okolicznych mieszkańców prosi się o czujność i przekaz informacji. Rosyjski Program Informacji - dziękujemy za uwagę." 
Po chwili najedzeni wyszliśmy z domu. 
- Wzdłuż Wołgi, na południe! DO NAS! DO WOŁGOGRADU! - wrzasnął Rambo.
- Spokojnie... Nie wyciągaj pochopnych wniosków.
- Ale jak on się wydostał?! To tygrys, niebezpieczny, ludojad! Więc co zrobi z psem? Pożre w całości, czy porżnie na kawałki?! 
- Mam przeczucia...
Jednak nie podzieliłam się nimi z przyjacielem. Tygrys, kot, duży kot. Kierunek - Wołgograd. Pokrewieństwo - koty. Koty w Wołgogradzie - Kitler!
Rambo? Masz co chciałeś! xd
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz