Po aferze ze spanielką i Rambo w tle, Kitler był wyraźnie zaniepokojony naszymi poczynaniami, i postanowił śledzić nas w inny sposób. Że nie miał możliwości wysłania do nas kolejnego psa, a przynajmniej nie tak wcześnie - założył sobie żywe kamery. Koty w różnych miejscach, na drzewach, monitorowały wyznaczone obszary. Zmieniały się ze sobą, a gdy jakiś pies je zauważył, ukrywały się jeszcze głębiej pod baldachimem liści i udawały, że spały. A pies, nie mogąc dostać się na drzewo, odchodził zrezygnowany i na takiego kociaka uwagi nie zwracał. Rozglądałam się po Bazie - wraz z Rambo przeszukiwaliśmy każdy zakamarek. Każdy krzak, oglądaliśmy każde drzewo... Ale, na szczęście, kocistów widać nie było. Nagle z zapytaniem, co robimy, pojawiła się Cheyenne.
- Sprawdzamy, czy nie ma wrogów w otoczeniu. - szepnęłam, lepiej dmuchać na zimne.
- Wrogów? Chodzi o te koty? - usiadła na środku Bazy i pilnie przyglądała się temu, co robię.
- Taak. Kitler. Rudy, ogromny i spasiony kocur - przywódca Wołgogradzkiej, kociej armii.
- Mhm, I mam uważać na wszystkie koty wokół?
- Dokładnie. Sugar to jedyny jak na razie wyjątek. Małe, chude, rude. Nie tak bardzo palące jak Kitler, jest bardziej pomarańczowy. No dobra, jeszcze jakieś pytania?
- Właściwie to na początek było ich mnóstwo. Ale zaczynam już rozumieć ideę tej sfory. Pozostaje mi tylko jedna, mała wątpliwość. Czy ta wojna, o której mówiliście, to na prawdę...?
- Łajka! Proszą cię tu. - Rambo odezwał się głośno.
- Wybacz, dokończymy później. Muszę iść... Jak chcesz, to pójdź ze mną. - powiedziałam do Chyenne. Chciałam być uprzejma.
- Wiesz, miałam właśnie się spotkać z suczką, którą poznałam wcześniej.
- No to ja lecę, trzymaj się. Pamiętaj, że po zachodzie słońca spotkanie w Bazie. I przyjdź SAMA. Nie chcę powtórki z Zulą.
- Jasne, jasne.
Żwawo podeszłam do Rambo. Ciekawe, czego może chcieć.
- Chcą z tobą mówić.
- Kto?
- Chodź, zobaczysz sama.
Kundel prowadził mnie wśród brzózek rosnących w rzędzie. W parku, na ławce, wylegiwał się nie kto inny jak... dam, dam, dam... KITLER. Co ta menda chce?! Teraz, rude gówno pewnie chce się pogodzić? O nie, już za późno. Marshow i Wasyl stali z boku, a Vol i Kocelot, żółty, duży kot w ciapki - pewno nowy ochroniarz naszego kociego przywódcy. Kocista miał ogromne zębiska i pazury, ale cztery psy, przeciw takiemu kotkowi?
- Czego? - warknęłam ostro siadając pod ławką.
- Coś ty taka niegrzeczna, moja droga? Przecież się przyjaźnimy, no nie?
- Chyba w twoim pustym móżdżku, szmaciarzu!
- Trochę grzeczniej, słodka!
- O co ci chodzi, mów że. Nie mam na ciebie czasu.
Prychnęłam i spojrzałam na wszystkich wokół. Wasyl, zwykle nieśmiała psina, którą musiałam wyciągać z opresji, stał i patrzył na mnie ciepło, jakby z dumą, że jest moim dobrym przyjacielem.
- Wojna już wkrótce, prawda, Łajeczko?
- Nie wysilaj się, wiemy o tygrysie.
Kitler syknął na Vola, a ja dumnie zamachnęłam ogonem i ruszyłam w kierunku, z którego przyszłam. Marsh, Wasyl i Rambo zrobili to samo. Takim delikatnym krokiem szłam tyle, aż upewniłam się, że zielone oczka Kitlera nie widzą nas.
- No dobrze, my idziemy obmyślać plan nad rzekę. Ty miałaś do Chyenne, tak?
- Tak, no to do zobaczenia na zebraniu.
Zastałam Chye w Bazie. Bawiła się patykami leżącymi pod drzewami. Przyglądałam się suczce, a potem podeszłam. Zaczęłyśmy bezsensowną rozmowę. Zapytałam w końcu:
- No dobra, to chciałaś wiedzieć coś o tej wojnie, tak?
- Tak, jeśli możesz, to chciałabym wiedzieć co nieco o tej całej sprawie.
Opowiedziałam jej o tygrysie, Kitlerze, jego armii i naszej przygodzie z "tamtego sezonu". Suczka była zainteresowana i zaciekawiona moim opowiadaniem, jednak w końcu powiedziała:
- Po co ten rozlew krwi? Nie dość psów i kotów zabija się na świecie?
- Wybacz, musisz przystosować się do naszego rasistowskiego poglądu na koty.
- No dobra, załóżmy, że rozumiem.
- No i co? No i gites. Próbuj rozumieć. I będzie okej, zobaczysz. A wojna, to nie rozlew krwi, spokojnie! Będziemy się żreć, o władze. I tyle.
Chye uśmiechnęła się do mnie i zadawała kolejne pytania.
Chyenne?